To już dzisiaj ten dzień, moi rodzice odnowią przysięgę małżeńską. Od dwóch tygodni wszystko dopięte jest na ostatni guzik. Trzy miesiące temu wprowadziła się do nas Pattie z dzieciakami. Dla wszystkich znalazło się miejsce. Pattie również odnalazła się w naszym domu. Tydzień po przyjeździe przejęła władzę nad papierami w warsztacie, i wszystko działa tak jak powinno. Dzieciaki poszły do przedszkola, my dalej chodzimy do szkoły lub na uniwerek jak chłopaki. Oczywiście jako główny organizator miałam małe problemy. Ojciec nie chciał zgodzić się na garnitur, ale oczywiście na końcu przyznał mi rację, potem rodzice nie mogli się zdecydować na tort, dodatkowo okazało się, że miejsce w którym miał odbyć się ślub zostaje zamknięte z jakiś tam powodów, więc musiałam znaleźć coś innego. Dodatkowo były drobne problemy z suknia, ale całe szczęście wisi już u mnie w szafie, żeby ojciec jej nie widział. Dodatkowo szkoła, co chwilę jakieś sprawdziany, nauczyciele się obudzili, że przecież za trzy miesiące piszemy matury, więc wszyscy na nas cisną. Jak by tego było mało to Justin zaczął sesję, więc siedzi ciągle i się uczy, jest strasznie znerwicowany, przez co często się kłócimy, lub po prostu nie mamy dla siebie czasu, i spotykamy się w łóżku jak idziemy spać.
Dzisiaj wszystko ma się skończyć, w końcu będziemy mieli trochę spokoju. Wstałam wcześnie rano, żeby ogarnąć wszystkich domowników. Na dziesiątą byłyśmy umówione do fryzjera, a na czternastą do kosmetyczki. Cała ceremonia zaczynała się o siedemnastej. Przygotowałam dla wszystkich śniadanie, i obudziłam wszystkich domowników. Po śniadaniu ogarnęłam trochę dom i mówiąc chłopaka co i jak pojechałam razem z resztą do fryzjera. Byłyśmy umówione w najlepszym salonie w LA. wszystkie równo usiadłyśmy na fotelach, i miałyśmy robione fryzury. Oczywiście non stop kontaktowałam się z Justinem, który miał wszystkiego pilnować w domu. Zaraz po fryzjerze jedziemy do kosmetyczki, każda z nas ma zrobiony piękny makijaż, delikatny, ale jednocześnie z pazurem. Paznokcie miałyśmy robione dzień wcześniej, chociaż jedno z głowy. Kiedy wracamy do domu jestem… załamana. Justin owszem dopilnował wszystkiego o co go prosiłam, ale jest jeden malutki problem. Ekipa, która miała nam przygotować ołtarz na plaży kompletnie zawaliła. Nic nie jest zrobione tak jak powinno. Łuk do przysięgi stoi krzywo, tak jak zresztą reszta ozdób, a taras na którym miała odbyć się “impreza” wo gule nie istnieje. Jedyne pocieszenie jest takie, że dom stoi, faceci nie są brudni od smaru, a ja mam raptem trzy godziny, żeby to wszystko ogarnąć. Szybko odprowadzam moją mamę i resztę dziewczyn razem z dzieciakami do mojej sypialni, i każę im tam siedzieć. Mają się odprężyć, i zacząć szykować, ogólnie robić to, co muszą, a sama zostawiam ojca z Brianem w jego pokoju i z resztą idę ogarnąć ten bajzel. W godzinę uwijam się z ołtarzem, i wszystko wygląda jak z bajki, jest po prostu idealnie. Teraz najgorsze, taras. Ogólnie przy domu znajduje się ogromny taras, który spokojnie pomieści dwudziestoosobową “ekipę” ślubną. Całe szczęście firma od dekoracji zostawiła nam wszystko co potrzebne. Chłopacy ustawiają stoły, a kelnerki, które będą dzisiaj roznosić zamówiony catering przykrywają je obrusem i ustawiają na nich dekoracje i zastawę. Ja zajmuję się w tym czasie przygotowaniem parkietu. Wydzielam sobie średniej wielkości miejsce na tarasie nad którym przyczepiam światełka. Ustawiam miejsce dla DJ’a, a resztę powierzchni tarasu dekoruję kilkoma okazałymi bukietami kwiatów tak, żeby pasowało to do reszty. W końcu wszystko jest gotowe, i wygląda to lepiej niż gdyby mieli to robić profesjonaliści. Dobra, mam pół godziny, żeby się ogarnąć. Szybko biegnę do mojego pokoju, gdzie siedzą już ubrane dziewczyny. Z garderoby wyciągam sukienkę, dodatki i czystą bieliznę i biegnę do łazienki. Szybki prysznic, ale tak, by nie zniszczyć fryzury i makijażu. Wytarłam się, i ubrałam. Już nieco spokojniejsza wychodzę z pomieszczenia i patrzę na kobiety znajdujące się w moim pokoju. Mama, ciocia Mia, Gisele, Elena, Kelsey, Ariana, Pattie, Jazzy, wszystkie wyglądamy obłędnie w naszych sukniach, ale oczywiście nikt nie wygląda lepiej jak mama. Każę dziewczyną iść już zająć miejsca, a sama idę do taty.
-Co tam staruszku?- pytam, kiedy podchodzę do niego jak stoi przy wejściu na plażę.
-Denerwuję się?- mówi cicho patrząc na mnie.
-Czym?- dziwię się, przecież drugi raz staje na ślubnym kobiercu z kobietą jego życia.
-Nie wiem- odpowiada trochę bezradnie.
-No właśnie, mówię ci, nie ma czym się denerwować. Idź stań przy księdzu, a ja ci obiecuję, że zaraz pojawi się obok ciebie mama, i wszystko będzie tak, jak już zawsze powinno być- mówię, i popycham go delikatnie do przodu. On tylko uśmiecha się delikatnie i całując mnie w czoło idzie stanąć przy księdzu. Rozglądam się, i widzę, że wszyscy goście już są. Najbliższa rodzina, czyli wszyscy ci, którzy są z nami od początku, i kilka osób jeszcze z Miami, i rodzina w postaci jakiś dwóch czy trzech kuzynów. Wszystko skromnie, ale pięknie. Widzę, że kelnerki kiwają mi, że moja mama jest gotowa, więc kiwam głową do DJ’a z wyścigów, którego ”wytresowałam” jak to twierdzi Ari co ma dzisiaj grać. Chłopak puszcza marsz Mandelsona, i widzimy mamę, która ze łzami w oczach idzie do taty. Siadam obok Justina i uśmiecham się do niego. Mam cholernie przystojnego chłopaka. Miał na sobie czarne rurki, i białą koszulę z podwiniętymi rękawami rozpiętą pod szyją. Na nogach miał proste czarne eleganckie buty, wyglądał elegancko, ale na jednak na luzie. W końcu aż tak oficjalna impreza to to nie jest, a wiem jak bardzo nie cierpi pełnych garniturów.Trzymając się za ręce czekamy do końca ceremonii. Wszystko jest pięknie i cholernie wzruszające. Mama z tatą składają sobie przysięgi, wymieniają się obrączkami, by na koniec wszystko przypieczętować czułym pocałunkiem. Kiedy odwracają się w z uśmiechami w naszą stronę wszyscy wstają i zaczynają bić im prawa. Najpierw rodzice idą na taras, a za nimi my, goście. Kelnerki rozdają szampana, a my zasiadamy do stołu, aby zjeść posiłek, żeby mieć siły na balowanie w stylo Toretto.
Po posiłku przyszedł czas na pierwszy taniec rodziców. Wszyscy zebrani mieli uśmiech na ustach, kiedy patrzyliśmy na tatę, który mocno przytulał mamę, podczas ich tańca. Spojrzałam na Justina, który stał obok mnie i obejmował mnie.
-Co jest skarbie?- spojrzał mi w oczy z uśmiechem.
-Nic, kocham cię- powiedziałam i pocałowałam go.
-Ja ciebie też- powiedział i cmoknął mnie w czoło. Następnie chwycił mnie za dłoń, i pociągnął na parkiet, gdzie oprócz rodziców tańczyły również inne pary.
Impreza trwała w najlepsze. Ludzie rozmawiali, tańczyli i popijali drinki, z drink baru, który zamówili Alan z Justinem, ale nie mam im tego za złe. Tańczyłam właśnie z moim tatą, kiedy podszedł do nas Justin z moją mamą, którzy chwilę wcześniej tańczyli obok nas.
-Mogę ją porwać- zwrócił się do mojego taty mój ukochany.
-Proszę- podał mu moją dłoń, a sam porwał w swoje objęcia mamę. Justin wziął moją dłoń i poprowadził mnie na koniec ogrodu, gdzie znajdowało się zejście na plażę. Ściągnęłam swoje szpilki i położyłam je na ławce stojącej niedaleko. Justin powtórzył mój ruch i położył obok swoje buty. Podwinął swoje czarne spodnie i chwytając mnie za dłoń pociągnął na plażę. Szliśmy chwilę w ciszy, kiedy Justin się w końcu odezwał.
-Przepraszam, za to jak się ostatnio zachowywałem- powiedział zatrzymując się patrząc mi w oczy.
-Nic się nie stało- powiedziałam.
-Ale naprawdę, nie byłem ostatnio wzorem idealnego faceta. Źle się z tym czuję.- powiedział głaskając mnie po policzku.
-Justin posłuchaj mnie- położyłam mu dłoń na policzku.- Ciebie też to czeka, też pójdę na studia, też czekają mnie sesje, zbliżają się moje matury, więc na pewno będę nieznośna. Ty znosisz mnie, ja znoszę ciebie. Miłość nie polega tylko na odnalezieniu w drugiej osobie jej zalet, ale również trzeba zaakceptować ich wady. Bez problemów było by nudno. Kocham cię i akceptuję cię takiego jakim jesteś, z wszystkimi zaletami i wadami.
-Ja też cię kocham. Jesteś cudowną dziewczyną, moją kobietą, kocham cię najbardziej na świecie. Jesteś jedyną kobietą w moim życiu. Na nikim mi tak nie zależało. Jesteś cudowna osobą, i wiem, że z nikim nie był bym tak szczęśliwy, chcę z tobą dzielić wszystkie moje smutki i radości. Nie oświadczam ci się jeszcze, ale możesz być pewna, że kiedyś do tego dojdzie, jesteś dla mnie zbyt cenna, by kiedyś mógł bym cię stracić- na jego słowa w moich oczach zakręciły się łzy- nie płacz skarbie- szepnął i otarł moje policzki po których pociekły krople łez. Następnie mocno mnie pocałował. Oczywiście z wielką ochotą oddałam pocałunek. Ta rozmowa była nam potrzeba, bo mimo, że byliśmy razem, to czegoś między nami brakowało, ale dzięki tej rozmowie to dziwne uczucie zniknęło. Poszliśmy się przejść jeszcze po plaży, a następnie wróciliśmy do domu, bo musieliśmy odwieźć rodziców na lotnisko, w końcu należała im się chwila relaksu. W związku z tym prezentem o de mnie i Justina była ich podróż poślubna.
*~*~*
Jej, jestem z siebie tak dumna, udało mi się skończyć rozdział. Jestem z siebie dumna, i nawet zadowolona z tego rozdziału. Mam nadzieję, że wam się podoba i liczę na komentarze. Przy okazji zapraszam oczywiście na drugiego bloga. Kocham Was
Cudo, tylko tyle mogę napisać heheheh :)
OdpowiedzUsuńfajne stylizacje musze sobie kilka zapodac bo naprawde mi sie podobaja :)
OdpowiedzUsuń