poniedziałek, 29 lutego 2016

# Rozdział 19

    Od razu po telefonie Lesley pojechałem po nich do galerii. Wszedłem do budynku i zadzwoniłem do mojej dziewczyny gdzie są. Kiedy się tego dowiedziałem od razu ruszyłem do kawiarni w której siedzieli. Pocałowałem moją mamę w policzek na przywitanie, poczochrałem włosy dzieciaków, i dałem buziaka Lesley siadając obok niej. Poczekałem aż zjedzą swoje desery i zabrałem ich do auta. Wszystkie zakupy wsadziłem do bagażnika, a następnie usiadłem za kierownicą, aby pojechać do hotelu. Widziałem w lusterku, że jadą za nami. Jednak nie przejmowałem się tym jakoś specjalnie. Nic nam nie zrobią. Jak odbierałem auta dostałem wiadomość od Luka, że wysłał kilku ludzi, żeby chronili moją mamę i rodzeństwo jak my będziemy na wyścigu. Wszyscy dobrze wiedzieliśmy, że tacy samozwańczy “gangsterzy” są najgorsi. Kiedy byliśmy już w hotelu zanieśliśmy zakupy do pokoju i poszliśmy na obiad. Po skończonym posiłku poszliśmy do pokoju. Mama w spokoju czytała książkę w swoim \pokoju a my bawiliśmy się z dzieciakami w salonie. Kiedy wróciliśmy do hotelu była jakoś godzina szesnasta, więc mieliśmy jeszcze trochę czasu do wyjazdu. Około dziewiętnastej Lesley poszła się przygotować. Ubabrała strój “wrednej suki” uczesała włosy w wysokiego kucyka i pomalowała się. Ja w tym czasie ogarnąłem moje rodzeństwo. Umyłem ich w drugiej łazience, ubrałem w piżamy i położyłem w moim i Lesley łóżku. Ledwo co przykryłem ich kołdrą oni już spali. Musiał ich wykończyć dzisiejszy dzień. Kiedy dzieciaki już spały sam poszedłem się ogarnąć. Po szybkim prysznicu wytarłem się, założyłem czyste bokserki, a następnie ciuchy, które podała mi moja kochana dziewczyna. Szybko założyłem na siebie czarne spodnie, czarny T-shirt i czarną bluzę a’la bejsbolówka ze skórzanymi rękawami. Założyłem na nadgarstek zegarek, i wysuszyłem włosy. Nie chciało mi się ich układać, zresztą i tak wyglądałem zajebiście. Ogarnęliśmy się do końca i informując moją mamę o tym, że wychodzimy pojechaliśmy do garaży po nasze autka.
*Oczami Lesley*
    Wynajętym samochodem dojechaliśmy pod garaże. Justin otworzył drzwi, a moim oczom ukazało się jego Bugatti i mój Mustang. Nie wieżę, zrobili go. Uśmiechnęłam się do Justina i podeszłam do mojego autka. Przejechałam po dachu pieszczotliwie dłonią, i z poważnym wyrazem twarzy odwróciłam się do Justina. Wiedział doskonale o co mi chodzi. Podszedł do swojego auta i wyciągnął z niego duż czarna torbę na broń. Połozył ją na metalowym stole stojącym przy ścianie i otworzył ją. Podeszłam do niego wuciągając dwa pistolety w kaburach, któe od razu przymocowałam do ud. Do paska przyczepiąłm pokrowiec na zapasowe magazynki. Doczepiłam jeszcze zestaw noży i byłam gotowa. Wyciągnęłam jeszcze broń snajperską, którą miałam zamiar schować w samochodzie. Justin tez wybrał coś dla siebie i biorąc po krótkofalówce wsiedliśmy do swoich aut. Zani jednak ruszylismy w dalszą drogę Justin wstawił “nasz” samochód do garażu i zamknął go. Mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc postanowiliśmy zrobić “rundkę” po mieście i zobaczyć jak może przebiegać trasa wyścigu. Nie wydawało się być źle, ale jednak obawiałam sie nieco o Bugatti Justina, bo miał strasznie niskie zawieszenie, a może byc kilka niespodzianek. Ale cóż, kto nie ryzykuje nie zyskuje.
    Kiedy zbliżała się wyznaczona godzina rozpoczęcia wyścigu postanowiliśmy pojechać na tzw “miejsce zbiórki” był to plac starej fabryki. Kiedy tam wjeżdżaliśmy ludzie dziwnie się patrzyli. Dwa nieznane auta z przyciemnianymi szybami. Było tak jak na każdych tego typu wyścigach. Masa pół nagich dziewczyn, litry piwa i mnóstwo aut, chociaż część kompletnie nie w moim stylu. Sporo Nissanów, jednak najwięcej było tutaj samochodów typu Porsche, gdzieś tam przewinęło mi się Bugatti i jakieś Lamborghini. Podjechaliśmy pod “scenę”, gdzie znajdowały się głośniki, stanowisko DJ’a i fotel, na którym siedział prawdopodobnie “szef” z jakąś dziwką na kolanach, a obok niego stała “święta” trójca, która nas odwiedziła. Zaparkowaliśmy pod samą sceną. Muzyka przycichła, ludzie przestali się bawić i wszyscy spojrzeli w nasza stronę.
    -Wychodzisz- usłyszałam głos Justina w krótkofalówce.
    -Idź sam, ja sobie posłucha- odpowiedziałam mu.
    Zauważyłam, że Justin otwiera drzwi swojego auta, i wchodzi na scenę.
    -Proszę, proszę cóż to za gościa mamy- zadrwił szef.
    -Wolał bym przejść do konkretów- powiedział Justin.
    -Jakich to konkretów- powiedział “szef”.
    -Pięćdziesiąt tysięcy- Justin rzucił na stół kilka plików banknotów- Po połowie na dwóch zawodników. Justin Bieber i Black.
    -Sporo kasy- obleśnie usta oblizał ten stary dziad- nie boisz się, ze przegracie- spytał.
    -Nie ma szans- od Justina jak zwykle biła pewność siebie.
    -Wiesz, mam naprawdę zajebistego kierowcę.- starał się zniechęcić Justina.
    -Jeszcze nie widziałeś jak jeździmy- Justin twardo stał przy swoim.
    -Jestes bardzo pewny siebie- chyba nie wie jak słabe nerwy ma Justin.
    -Jestem, a ty zaczynasz mnie wkurwiać. Weź po prostu kasę, i zapisz nas.- Powiedział i zszedł ze sceny wsiadając do samochodu. Podjechaliśmy na linię startu i ustawiliśmy się wśród trzech innych aut. spojrzałam na nich i zaśmiałam się w duchu.
    -Pójdzie jak z płatka- powiedziałam Justinowi.
    -Jedyny groźny samochód to ten Nissan GT, Porsche zostaną dawno w tyle. - Justin powiedział mi tylko to co sama już wiedziałam.
    Dziewczyna wyciągnęła kraciastą flagę przed siebie.
    -GOTOWI!!!- krzyknęła do nas, i wskazywała na każdy samochód, aby “pokazał”, że jest gotowy do jazdy, czyli po prostu zaryczał silnikiem. Kiedy wszyscy dali już znać dziewczyna podniosła wysoko flagę, a następnie opuściła ją, a my wystartowaliśmy. Tak jak podejrzewałam Porsche nie miały szans. Jechały szybko, ale nie wystarczająco, aby nas wyprzedzić. Na prowadzeniu tak naprawdę byłam głównie ja oraz Nissan. Plan był taki, że to ja wygrywam, Justin miał mnie po prostu ubezpieczać. Dwa ostatnie dość ostre zakręty, ostatnia prosta i jako pierwsza przekroczyłam linię mety. Ludzie byli zaskoczeni. Podjechałam pod scenę, i czekałam na Justina, który chwile później stanął obok mnie.
    -Mam ochotę na wielkie wejście- powiedziałam.
    -Da się załatwić- odpowiedział mi Justin.
    Chwilę później Justin otworzył drzwi i wyszedł z samochodu. Udał się prosto na scenę, po odbiór mojej nagrody.
    -Zwycięzca sam musi odebrać nagrodę- uśmiechnął się cwanie “organizator”.
    -Skoro tak…-uśmiechnął się do niego i szybko zszedł ze sceny i podszedł do mojego Mustanga od strony kierowcy i otworzył mi drzwi- W takim razie przedstawiam wam Lesley-Ann TORETTO- powiedział i podał mi dłoń pomagając mi wysiąść z auta. Widziałam jak twarz szefa z każdą chwila blednie coraz bardziej. Z dumnie uniesioną głową weszłam na podest i napawałam się tym, że za chwilę zniszczę tego gnojka.
    -Moja nagroda- powiedziałam wyraźnie. Lekko drżącą dłonią podał mi moją wygraną, a właściwie tylko jej część.- Całą- zaakcentowałam.
    -Jeszcze prowizja dla mnie- powiedział już cwanie, widać, że odzyskał rezon.
    -Obawiam się, że nie będzie Ci już potrzeba- powiedziałam siadając na jego fotelu. Za mną stanął Justin, i obydwoje skanowaliśmy otoczenie wzrokiem. Widziałam jak Justin spina się kiedy na scenę wszedł kierowca Nissana i stanął z boku obserwując całą sytuację.
    -A to niby dla czego- zakpił.
    -Ponieważ od dzisiaj nie rządzisz już tymi wyścigami.
    -Czemu niby dziewczynko? Co ty możesz?- zaczyna mnie wkurwiać.
    -Mogę więcej niż ci się wydaje.- powiedziałam.
    -Gówno możesz mi zrobić!- krzyknął i wyciągnął broń celując nią we mnie.
    -Nie próbowała bym- powiedziałam, kiedy załadował swój pistolet.
    -Bo co?
    -Słyszałeś moje nazwisko?
    -Tak, no i co?
    -Nie wydaje ci się dziwnie znajome. TORETTO, jestem córką Dominika Toretto- powiedziałam głośno i wyraźnie.
    -Z tego co pamiętam Dom nie miał córki.
    -A jednak- usłyszałam głos ojca dochodzący z wejścia na scenę. Co on tu kurwa robi?!
    -Ddddooominik- za jąkał się odwracając się do niego.
    -Nie próbuj więcej celować w moją córkę- wysyczał podchodząc do niego i udeżając go w twarz.
    -Co ty tutaj robisz?- spytałam podchodząc do niego.
    -Nie toleruję zdrady i samowolki- powiedział odwracając się do niego.
    -Alle Dom, ja ci to wszystko wyjaśnię. - zaczęła ta plugawa szmata.
    -Tutaj nie ma co wyjaśniać. Zacząłeś działac na własną ręke, zdradziłeś mnie i współpracowałeś z Showem, który chciał zniszczyc moją rodzinę. Dodoatkowo zamiast miec oko na rodzinę Justina tak jka cię o to prosiłem ty im groziłeś.
    -Wiem, jak to wygląda, ale…
    -Tutaj nie ma nic do wyjaśniania- powiedziałam- Z dniem dzisiejszym twój terror tutaj kończy się. Masz dwa rozwiązania, albo dobrowolnie wynosisz się z miasta i ja więcej o tobie nie usłyszę, albo zrób teraz coś co mi się nie spodoba, a jeden mój telefon, i masz tutaj nalot agentów specjalnych, którzy raz dwa zwiną ciebie i twoich ludzi, a ja zapewnię wam co najmniej dwadzieścia pięć lat w więzieniu. To jak?
    -Spadamy stond.- powiedział, a kilku jego goryli poszło za nim, niestety nie wszyscy- A wy na co czekacie, ruszać swoje tyłki- warczy na tych, co pozostali.
    -My pracujemy dla Ryana, nie dla ciebie- odpowiada jeden z nich.
    -Ryan, zbieraj swoje cztery litery, spadamy stond.
    -Nie- odpowiada chłopak, który ze mną przegrał. Fajnie wiedzieć jak ma na imię.
    -Co to kurwa znaczy nie- o jejku, wkurzyła się ta nic nie warta pchła.
    -Już ty dobrze wiesz co to znaczy. Nie pracuję dla ciebie, ścigałem się dla ciebie tylko dla tego, że odpalałeś mi więcej kasy. Nasza umowa kończy się razem z twoim odejściem.- odpowiada mu chłopak.
    -Jak tam chcesz- warczy i wsiada razem ze swoimi przydupasami do czarnych Jeep’ów stojących niedaleko.
    -Dzięki za pomoc, ale poradziła bym sobie- mówię sarkastycznie do mojego ojca.
    -Wiem, ale wolałem sam to załatwić- odpowiada mi i razem z Justinem siada na kanapie obok mnie. Spojrzałam na tłum, który zaczął się powoli zbierać, został tylko Ryan i jego “pracownicy”.
    -Co teraz z wyścigami?- pyta Justin.
    -Albo je zlikwiduję, albo wyślę tutaj kogoś, kto teraz w LA ze mną działa- odpowiada mu ojciec.
    -Może nie będzie trzeba- mruczy Juss i podchodzi do tego całego Ryana. Patrzą sobie w oczy jakiś czas, by następnie rzucić się sobie w ramiona w typowo “męskim” uścisku. Po przywitaniu się, podeszli do nas. Lesley, Dom, to mój stary przyjaciel Ryan. Ryan, to moja dziewczyna Lesley i jej ojciec Dom.
    -Miło poznać- rzucił w naszym kierunku podając nam dłoń.
    -Sądzę, że Ryan, może przejąć władzę nad wyścigami tutaj- powiedział Justin patrząc na mojego ojca.
    -Co?!- nie dowierzał jego kumpel.
    -W sumie, to mogło by przejść, jesteś naprawdę w tym dobry- poparłam Justina.
    -Właśnie, zacząłeś ścigać się jeszcze prze de mną to ty mnie w to wprowadziłeś- powiedział Justin.
    -Co o tym sądzisz tato?
    -W sumie, to całkiem niezły pomysł- powiedział.
    -W takim razie, spoko, zgadzam się- odpowiedział Ryan.
Chłopacy uzgodnili wszystko z ojcem, a potem pojechaliśmy do hotelu. Ojciec dzisiaj wracał, bo miał jakieś pilne sprawy w LA, a my samolot mieliśmy dopiero wieczorem. Tak więc umówiliśmy się z Ryanem jutro na jakiś obiad. Mam nadzieję, ze wszystko teraz już się ułoży. Justin będzie miał swoją rodzinę na miejscu, moi rodzice biorą ślub. Chyba nic już się teraz nie może popsuć. 




 Nie miałam pomysłu na ten rozdział, ale w końcu jest, przez ostatnie dwa tygodnie codziennie ściskałam poślady, żeby tylko dostarczyć wam ten rozdział, ale w końcu wygrzebałam gdzieś z dna mojej duszy resztki motywacji i weny, i oto jest. Mam nadzieję, na więcej niż jeden komentarz pod tym rozdziałem.

2 komentarze: