środa, 20 stycznia 2016

# Rozdział 18 cz.1

Wróciłyśmy z New Yorku do domu, a tam co… totalny pogrom. Po całym domu walały się puszki i butelki po wszelkiej maści alkoholach i pudełka po pizzy. Byłyśmy złe… To mało powiedziane, my byłyśmy wkurwione. Zostawiłyśmy nasze bagaże w przedpokoju, i weszłyśmy w głąb domu. Z każdym krokiem widok stawał się coraz gorszy. Jednak w salonie nasz złość tak jak i bałagan osiągnęły apogeum. Nie wytrzymałyśmy nerwowo. Na podłodze, kanapie i nie tylko,  bo również na stole, jak i pod nim spali nasi “mężczyźni”. Popatrzyłyśmy po sobie, a nasze oczy wyrażały tylko jedno : ZEMSTA. Ariana podeszła do głośników stojących w pokoju, podłączyła do nich swój telefon i włączyła najgorszą możliwą rzecz, znaleziony w internecie kobiecy krzyk. Panowie wstali od razu na równe nogi… no może nie tak od razu, bo Tej śpiący pod stołem uderzył się głową o blat, i trochę zajął mu powrót do pionu. Spojrzeli w kierunku skąd dochodził ten masakryczny krzyk. Kiedy zorientowali się na kogo się patrzą jeszcze bardziej pobledli.
-AAAA...Ariana- wyjąkał Alan.
-Niespodzianka kotku- syknęła, i mroziła go wzrokiem. Odchrząknęłam głośno, i panowie łaskawie raczyli nas obdarzyć spojrzeniem, ich wzrok ewidentnie wskazywał na to, że się boją. Oj, bójcie się, bójcie.
-Kochanie, ja ci to wszystko wytłumaczę- usłyszałyśmy osiem równo mówiących męskich głosów, i panowie zaczęli do nas podchodzić.
-STOP- głośno i wyraźnie powiedziała ciocia Mia.- Tego to się po was nie spodziewałyśmy. Zawiedliście nas- widziałam w ich oczach, że te słowa ich dotknęły- Macie godzinę, powtarzam GODZINĘ aby zrobić tu porządek, my w tym czasie pójdziemy na jakieś dobre śniadanko, bo wcześniej nie miałyśmy na to czasu- oznajmiła im, i zaczęła wychodzić, a my za nią. Zanim jednak opuściłyśmy budynek ciocia Elena odwróciła się do nich i patrząc im wyzywająco w oczy powiedziała:
-I nawet się nie ważcie dzwonić po ekipę sprzątającą- i wyszłyśmy trzaskając drzwiami.  Kiedy wróciłyśmy do domu, wszystko lśniło, a nasi panowie czekali na nas w salonie, każdy z różą w ręce.
-Przepraszamy- powiedzieli równo.
-Oj, no chodźcie tu- powiedziałam rozkładając ręce w stronę Justina, a mój ruch powtórzyły dziewczyny i każda z nas przytuliła swojego men’a, a następnie wszystkie rzuciłyśmy się na Romana.
Od tamtych wydarzeń minęły cztery dni. Dziś jest piątek, czyli lecimy do Kanady. Właśnie wyplątałam się z objęć Jussa, by wstać i pójść się ogarnąć. Wzięłam ciuchy z garderoby, i poszłam do łazienki. Po szybkim prysznicu wyszłam z kabiny owijając się ręcznikiem. Podeszłam do lustra, i rozczesałam włosy, a następnie je wysuszyłam. Po wysuszeniu nie wyglądały tak źle, więc wyczesałam je dokładnie, i spryskałam lakierem, żeby miały taka formę, jaką chciałam. Zrobiłam bardzo delikatny makijaż, a na koniec się ubrałam. Dopakowałam kosmetyczkę, i wyszłam z łazienki. Oczywiście mój kochany chłopak nie ruszył się z miejsca, nadal smacznie spał. Wrzuciłam więc moja kosmetyczkę do walizki, i podeszłam do łóżka. Usiadłam na nim, i nachyliłam się nad Justinem.
-Skarbie- szepnęłam mu do ucha. Zero reakcji. Męczyłam się jeszcze chwilę, ale nie reagował, no cóż, nadal nie wiem jakim códem on ma tak mocny sen. Postnowiłam więc zrobić mu na złość. Nachyliłam się nad jego szyją, i zaczęłam ją ssać i lizać przechodząc na jego tors. Usłyszałam jego jęk. Mam cię skarbie powiedziałam do siebie, i odsunęłam się od niego.
-Kotek- mruknął i otworzył oczy.
-Nie kotkuj mi tu, tylko podnoś te swoje seksowne cztery litery. Jest prawie jedenasta, o o trzynastej mamy samolot, za najpóźniej czterdzieści pięć minut musimy być na lotnisku- powiedziałam podnosząc się z łóżka. Mój chłopak, niechętnie, ale powtórzył mój ruch i poszedł do garderoby. Ja w tym czasie zeszłam na dół przygotować nam jakieś śniadanie. Zaparzyłam dwie kawy, zrobiłam dla Jussa kilka kanapek, a sobie musli z owocami. Po jakiś dwudziestu minutach do kuchni wszedł Justin. Dał mi buziaka i usiadł do stołu by zjeść śniadanie. Jedliśmy w ciszy, ale nie była to jakaś krępująca cisza. Po skończonym posiłku poszliśmy do naszej sypialni. Sprawdziłam naszą walizkę, i zapięłam ją. Do torebki włożyłam bilety, portfel, dokumenty, telefon, i kilka innych pierdół. Odwróciłam się do Justina, a ten siedział z twarzą ukrytą w dłoniach i intensywnie nad czymś myślał.
-Skarbie co jest- spytałam siadając obok niego.
-Boję się- powiedział i spojrzał na mnie. W jego oczach lśniły łzy. Przytuliłam go, a on dalej mówił.- Boję się, że mama nie będzie chciała mnie znać, co powiedzą ludzie, kiedy mnie zobaczą, co na to wszystko moje rodzeństwo.- mówił. Chwyciłam jego twarz w dłonie i spojrzałam mu głęboko w oczy.
-Wszystko będzie dobre, musisz w to uwierzyć, pamiętaj po co tam jedziesz, nie przejmuj się gadaniem ludzi, bo i tak więcej tam nie zawitasz, sprowadzimy twoją mamę tutaj, i wszytko będzie tak jak być powinno. - powiedziałam i przytuliłam go.- A teraz zbieraj się, musimy zdążyć na samolot.
Wzięliśmy wszystkie nasze rzeczy i zeszliśmy na dół. Przed drzwiami czekał już na na tata, który miał nas zawieźć na lotnisko. Cała odprawa i lot przebiegły bez problemu. Trzy godziny później odbieraliśmy nasze bagaże. Udaliśmy się do wypożyczalni samochodów, która znajdowała się zaraz obok lotniska. Po załatwieniu wszystkich formalności udaliśmy się pod adres, który dostaliśmy od Tej’a.




*~*~*
Rozdział jest mega krótki i chyba nic nie wnosi do całej historii, ale jakoś musiałam zacząć i nawiązać do tego co było wcześniej. Postanowiłam podzielić ten rozdział na dwie części, ponieważ w całości był by mega długi. Mam nadzieję, że w przeciągu tygodnia wstawię część drugą, i wtedy pójdzie już z górki. Kocham was :)

1 komentarz:

  1. Uwielbiam Cię! Ten blog jest mega. Codziennie sprawdzam czy może nie ma nowego rozdziału. Pisz, pisz, pisz... Weny życzę :)

    OdpowiedzUsuń