czwartek, 10 grudnia 2015

# Rozdział 14

*Oczami Justina*
Nie wierzę, że to zrobiła, tak po prost skoczyła tym cholernym samochodem z tego cholernego klifu.
-NIE!!!- nawet nie zorientowałem się, kiedy z moich ust wydobył się głośny krzyk.
-Młody, co tam się stało?- usłyszałem w słuchawce głos Dom'a.
-Ona...Ona skoczyła...- wyszeptałem.
-Co, co ty pieprzysz, kto skoczył, z czego- Dom zaczął się powoli irytować.
-Lesley... W aucie była bomba, ona ratowała nas, wsiadła do tego auta... I skoczyła...- powiedziałem trochę głośniej, jednak nadal załamanym głosem.
-Młody, powiedz sobie, że to tylko jakieś wasze durne żarty- poprosiła mama Ariany.
-Niestety mamo, to prawda- wyszeptała dziewczyna. Nie mogłem w to uwierzyć, ona nie mogła tego zrobić, jedyna kobieta na której tak mocno mi zależało, która mnie kochała, dbała o mnie, i którą ja pokochałem całą sobą. Podniosłem się z ziemi, i powoli podchodziłem do brzegu klifu. Kiedy byłem jakieś pięć metrów od brzegu z dołu zaczął się wyłaniać spadochron, zszokowany przystanąłem w miejscu i czekałem co będzie dalej. Po dosłownie kilku sekundach, które ciągnęły się niczym długie godziny na końcu spadochronu ukazała się Lesley, była nieprzytomna, ale oddychała, jej skroń była przecięta, i krew powoli spływała po jej policzku. Szybko pobiegłem tam, i ją ściągnąłem na ziemię. Położyłem ją ostrożnie na ziemi, rozpiąłem plecak spadochronu, i ściągnąłem go z niej delikatnie. Chwyciłem ją delikatnie na ręce, i zaniosłem do jednego z samochodów. Alan widząc co planuje otworzył mi drzwi od strony pasażera, kiedy układałem ją na fotelu, ocknęła się i wyszeptała tylko:
-Udało się- zaraz potem ponownie straciła przytomność. Zamknąłem drzwi i obszedłem samochód. Stanąłem przed Alanem i Ari.
-Jadę z nią do agencji. Zaraz pewnie będzie tutaj oddział Hobbs'a.  Jak wszystko tutaj skończycie przyjedźcie do biura, trzeba to wszystko ogarnąć.- powiedziałem i chciałem wsiąść do auta, kiedy n polanę wjechały dwa opancerzone Jeepy. “Szybcy są” pomyślałem, kiedy z auta wyskoczył Luke.
-Młody, co się tu kurwa stało- doskoczył do mnie. Zignorowałem go jednak i podszedłem do auta, otworzyłem drzwi od strony kierowcy, zanim jednak wsiadłem rzuciłem do niego.
-Ariana z Alanem wszystko wytłumaczą, ja muszę jechać do agencji.- Wsiadłem, odpaliłem, i ruszyłem. W między czasie zawiadomiłem Mie, żeby lekarz z noszami czekał przed budynkiem, musiałem jeszcze obiecać, że wszystko wytłumaczę jak tylko dotrę na miejsce. Po pięciu minutach byłem na miejscu. Tej załatwił mi zielona falę, przy okazji odkryłem światła policyjne, które były ukryte w szybie auta za lusterkiem wstecznym. Kiedy już zajechałem pod agencję zahamowałem z piskiem opon przed wejściem do budynku, gdzie czekało już trzech lekarzy z łóżkiem szpitalnym. Wysiadłem z auta, otworzyłem drzwi od strony pasażera i wyciągnąłem moją księżniczkę. Delikatnie ułożyłem ją na łóżku, i szybko ruszyliśmy do budynku. Po drodze do skrzydła szpitalnego nakreśliłem im jak wygląda sytuacja, a sam udałem się do “bazy” czyli gabinetów Hoobsa i jego najbardziej zaufanych ludzi. W konferansjerce siedzieli wszyscy oprócz tych, którzy byli na klifach, i chyba czekali na mnie i wyjaśnienia. Kiedy tylko wszedłem do pomieszczenia zostałem zasypany gradem pytań. Cierpliwie odpowiedziałem na wszystkie. Kiedy skończyłem opowiadać mama Ariany skwitowała to jednym zdaniem.
-Prawdziwy Torreto “Ride or die” tak to szło, prawda Dom?- na to stwierdzenie wszyscy się zaśmialiśmy, ale też przyznaliśmy jej rację. Kiedy powoli zaczęły z nas wszystkich schodzić emocje i zaczęliśmy uświadamiać sobie co dzisiaj zaszło spojrzałem na Dominica, a on na mnie. Oboje wiedzieliśmy co trzeba zrobić. Wstaliśmy ze swoich miejsc i wyszliśmy z pomieszczenia kierując się w stronę szpitala agencji. Nikt nie szedł za nami, wszyscy wiedzieli, że teraz to do nas należy najważniejsza część zadania. Na korytarzu spotkaliśmy lekarza, który przejął moją dziewczynę jak tylko ja tutaj przywiozłem.
-Co z nią?- spytałem.
-To bardzo silna dziewczyna, przy tak silnym wstrząsie jaki nastąpił przy wybuchu nic dziwnego, że straciła przytomność. Nie dolega jej jednak nic poważnego, za maksymalnie trzy godziny powinna się wybudzić. Kiedy już to zrobi mogą doskwierać jej nudności i uczucie dzwonienia w uszach, jednak po maksymalnie czterdziestu ośmiu godzinach powinny zniknąć.- odpowiedział i poszedł dalej, a my poszliśmy dalej. Po przejściu może pięciu metrów stanęliśmy przed dużymi szklanymi drzwiami, za którymi znajdowała się Lesley. Przy jej łóżku siedziała kobieta. Wychudzona, w zdecydowanie za dużym swetrze i z czarnymi włosami. Trzymała ja za rękę, a jej ramiona drgały jak by… płakała.
*Oczami Dom’a*
Byłem w szoku, kiedy w sali Lesley zobaczyłem Letty, moja kochaną Letty. Byłem pewny, że jeszcze się nie obudziła, ponieważ kiedy ją tutaj przywieźliśmy była ledwo żywa, Luke musiał ja wnieść, ja się na to nie odważyłem. Weszliśmy z młodym cicho do sali, ale i tak byliśmy wystarczająco głośni, aby usłyszała nas moja ukochana, ponieważ natychmiast się odwróciła. Przeżyłem szok, nadal była piękna, i prawie nic się nie zmieniła, jedyną oznaką mijających lat były urocze zmarszczki koło oczu. Letty była zdecydowanie wychudzona, zawsze miała dość mocne rysy twarzy, ale teraz jej kości policzkowe były aż nadto widoczne, a jej oczy czerwone od płaczu. Kiedy mnie zobaczyła jej twarz najpierw wyrażała szok, potem tęsknotę, następnie wściekłość, a na sam koniec smutek. Nic nie mówiąc podszedłem do krzesła na którym siedziała szybkim krokiem, by zaraz paść na kolana, i przytulić stanowczo, ale jednak delikatnie i czule jej kruche ciałko. Wtuliłem twarz w jej brzuch. Po chwili poczułem jak niepewnie mnie do siebie przytula. Powiedziałem sobie “Albo teraz, albo wcale” więc podniosłem się z kolan do pozycji siedzącej, przy okazji biorąc na ręce kobietę. Cholera, ona zawsze była lekka, nawet w ciąży, ale teraz to ja nie czuję, jak bym coś niósł. Wyszedłem na korytarz i udałem się do jednej z sal. Jedna z przyjemniejszych w całym budynku. Ściany w ciepłym odcieniu brązu, duża kanapa, aneks kuchenny i telewizor. Posadziłem ją na kanapie, a następnie sam usiadłem obok niej przytulając jej wątłe ciałko do swojego. Przez długi czas nic nie mówiliśmy, aż w końcu odsunąłem ją delikatnie od siebie, chwyciłem jej twarz w dłonie i cały czas scałowując płynące po jej policzkach łzy szeptałem “Przepraszam, przeprasza”. Kiedy przestała szlochać odsunąłem swoja twarz od jej i patrząc jej głęboko w oczy zacząłem cicho mówić.
-Przepraszam skarbie, za wszystko, za to, że się poddałem, i przestałem was szukać, za to, że zaprzepaściłem szansę na wasz powrót, za każdą łzę, jaką prze ze mnie przelałaś, za każdą chwilę, kiedy nie było mnie przy tobie, a mnie potrzebowałaś. Dopiero Lesley uświadomiła mi jak wielkim idiotą byłem, poddałem się, i wolałem topić smutki w alkoholu niż wziąć się w garść i was znaleźć. Proszę, błagam wybacz mi, kiedy wiem jak to wszystko wyglądało, kiedy wiem, że żyjesz, kiedy trzymam cię w ramionach, nie wyobrażam sobie życia bez ciebie, bez was. Kocham Was, Kocham CIEBIE, proszę wybacz mi…- mówiłem. Kiedy tak ciągnąłem swój monolog poczułem chłodne kościste dłonie na moich policzkach, a następnie cichy, zachrypnięty głos:
-To ja proszę, wybacz mi. Mogłam zawalczyć, w końcu jak by nie patrzeć nosze nazwisko Toretto, a najzwyczajniej w świecie poddałam się. Kiedy odzyskałam pamięć mogłam wrócić, opieprzyć cię, za spędzanie czasu z tyloma dziwkami, ale mogłam wrócić. Razem wychowali byśmy nasze maleństwo, ale uniosłam się honorem, poczułam się zraniona, zdradzona. Tak bardzo cię przepraszam. Kocham cię, nie mam ci nic do wybaczenia, to raczej ja powinnam błagać ciebie o wybaczenie.- powiedziała spuszczając głowę. Uniosłem delikatnie jej twarz spojrzałem jej głęboko w oczy i powiedziałem stanowczo.
-Ja również nie mam ci co wybaczać, sam nie wiem jak bym się zachował w podobnej sytuacji. Zapomnijmy o tym, spróbujmy od początku zbudować wszystko. Jako rodzina, ty, ja, Lesley, i cała reszta tej gromady.- powiedziałem, a ona ze łzami wzruszenia i delikatnym uśmiechem na ustach przytaknęła głową. Nie czekając na nic więcej pochyliłem się i pocałowałem jej popękane usta. Natychmiast go oddała. Pocałunek był delikatny, subtelny, pełen miłości i tęsknoty za tą drugą połówką. Kiedy oderwaliśmy się od siebie przytuliłem ją mocno. Następnie przytuleni poszliśmy do sali Lesley. Nasz córeczka jeszcze się nie obudziła, ale lekarz pozwolił nam przewieźć ją do domu. Zaaplikował jej tylko niewielką dawkę leku nasennego, stwierdził, że będzie czuła mniejszy dyskomfort spowodowany wstrząsem jak obudzi się dopiero następnego dnia, a nie jeszcze dzisiaj. Justin wziął ją na ręce i zaniósł do jej Jeepa, ułożył ja na tylnej kanapie, samemu siadając tak, aby mieć jej głowę na kolanach. Podał mi kluczyki, i ruszyliśmy do domu. Kiedy już się wszyscy tam znaleźliśmy była już godzina dwudziesta pierwsza. Większość z nas poszła spać zmęczona dzisiejszymi wrażeniami. Jedynym wyjątkiem byłem ja z Letty. Udaliśmy się do mojej sypialni. Dałem kobiecie jakiś mój t-shirt i bokserki, wskazałem jej łazienkę, sam natomiast udałem się do kuchni, aby przyszykować coś do jedzenia. Otworzyłem lodówkę, i przeskanowałem jej zawartość. Postanowiłem zrobić jakąś sałatkę. Wyciągnąłem mix sałat, grillowanego kurczaka, pomidora, ogórka, cebulę. Pokroiłem wszystko, wrzuciłem do miski i wymieszałem z jakimś sosem jogurtowym. Ukroiłem jeszcze ciemne pieczywo, którym zajadała się Lesley i poszedłem z powrotem do sypialni. Kiedy ja wchodziłem do pokoju z łazienki wychodziła Letty. Wyglądała cudnie w moich ciuchach, lecz dopiero teraz tak naprawdę zobaczyłem jak bardzo schudła.
-Pomyślałem, że może chciała byś coś przegryźć- powiedziałem stawiając na stoliku tacę z sałatką, pieczywem i sokiem pomarańczowym, o którym przypomniało mi się jak wychodziłem z kuchni.
-Dziękuję, dawno nie jadłam nic porządnego- powiedziała cicho i dość niepewnie podchodząc bliżej. Szybko podszedłem do niej, i wziąłem ja na ręce. Podszedłem do łóżka, i posadziłem ją na nim tak, że opierała się o jego zagłówek. Przykryłem jaj nogi kołdrą, a następnie położyłem na jej kolanach tacę z jedzeniem.
-Smacznego- powiedziałem.

-Dziękuję- odpowiedziała. Uśmiechnąłem się i podszedłem do szafy wyciągając z niej czyste bokserki i jakąś koszulkę. Poszedłem do łazienki, szybki prysznic, który zmył ze mnie brudy i stresy tego dnia. Po piętnastu minutach wychodziłem z pomieszczenia przebrany. Zabrałem tacę z kolan mojej kobiety, która skończyła już jeść. Odstawiłem ją na stolik i podszedłem do łóżka gasząc wszystkie światła zapalając tylko lampki obok łóżka. Położyłem się i przytuliłem kobietę. Zasnęliśmy dopiero około drugiej  w nocy. Cały ten czas rozmawialiśmy o naszej wspólnej i osobnej przeszłości, oraz wspólnej przyszłości. Wyjaśniliśmy sobie wiele spraw, i chyba oboje czuliśmy, że dopiero teraz możemy zacząć żyć, a nie funkcjonować jak do tej pory. Dopiero teraz wszystko znalazło się  na swoim miejscu. Ostatnią moją myślą przed zaśnięciem było “To dopiero początek, nasz wspólny początek, którego nic nie zakłóci, przysięgam”.





Oto kolejny rozdział. Miałam nadzieje wstawić go razem z grafika, ale jak widać nie wyszło.
Zbliżamy się ku końcowi, ponieważ przewiduję ok 20 rozdziałów, ale mam pomysł na krótką część drugą.
5 komentarzy = 15 rozdział

5 komentarzy:

  1. Wiedziałam, że Lesley coś szykuję :))) Jaki słit rozdział ♥ Czekan na nn ^^ xx

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiedziałam, że Lesley coś szykuję :))) Jaki słit rozdział ♥ Czekan na nn ^^ xx

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudo <3 Czekam na nn :*

    OdpowiedzUsuń